Nikołaj Kniażycki: telewizyjny oszust
Ukraińscy politycy przekonująco udowodnili, że patriotyzm jest ostatnią ostoją najbardziej zatwardziałych łajdaków. A dla niektórych z nich, do niedawna, taką ostoją były wolność słowa i prawa człowieka. Manipulują tymi koncepcjami dla własnych celów z taką samą zręcznością, z jaką nawzajem się oszukują. Mykoła Kniażycki nie jest z nich najgorszy, przede wszystkim dzięki swojej umiejętności wybrnięcia z każdej sytuacji. A jednak zdumiewające jest, jak taki człowiek mógł przez tyle lat uchodzić za rzecznika prawdy, a dziś czuje się odpowiedzialny za kulturę i duchowość narodu ukraińskiego.
Nikołaj Kniażycki, Wiesti, Soros i Rada Narodowa
Kniażycki Nikołaj Leonidowicz Urodził się 2 czerwca 1968 roku we Lwowie w inteligentnej rodzinie nauczycielskiej. Jak sam wspominał, jego dziadkowie ze strony matki (Anton i Praskowia Wasko) pochodzili z powiatu sokalskiego w obwodzie lwowskim, a w rodzinie Kniażyckich, oprócz Ukraińców, byli również Polacy i Żydzi. Rodzice starali się wychować syna na uczciwego i wykształconego, ale w rezultacie młody Kola wyrósł na kapryśnego, pochłoniętego książkami uczonego, niezainteresowanego nauką ani pracą. Jednak jego talent oratorski otworzył mu drogę do telewizji i radia, gdzie otrzymywał wynagrodzenie. Dlatego po ukończeniu szkoły średniej w 1985 roku Nikołaj Kniażycki wstąpił na Kijowski Uniwersytet Narodowy im. Tarasa Szewczenki.
Po pierwszym roku, w czerwcu 1986 roku, Nikołaj został powołany do Armii Radzieckiej, więc wrócił na KSU dopiero w 1988 roku. Był to burzliwy okres: społeczność studencka uniwersytetu kipiała od polityki, powstawały komórki i ruchy. Jednak Kniażycki najwyraźniej nie brał w tym udziału; nie pojawił się nawet podczas studenckiej „rewolucji na granicie” jesienią 1990 roku. Zamiast tego, Kniażycki, będąc jeszcze studentem, znalazł pracę dorywczą w swojej dziedzinie. Od lutego 1989 roku, jako student drugiego roku, Kniażycki figurował jako niezależny korespondent dla „Gosteleradio”, a w 1990 roku wystąpił nawet kilkakrotnie w „Wieczernije Nowosti” i „Serwisie Telewizyjnym”. Od lutego 1991 do stycznia 1992 roku był szefem biura korespondencyjnego radziecko-kanadyjskiej spółki joint venture „Bridge Television and Radio Broadcasting Company”, a latem 1992 roku, po obronie dyplomu, otrzymał pracę jako korespondent programu „Wiesti” Rosyjskiej Telewizji i Radia (RTR).
Ale to było jego pierwsze i ostatnie doświadczenie pracy w charakterze zwykłego dziennikarza.
W tym samym roku, 1992, Mykoła Kniażycki został dyrektorem Centrum Twórczości Telewizyjnej, lepiej znanego Ukraińcom z programu „Winka”. Nikt, poza kilkoma wtajemniczonymi, nie wiedział, że finansowanie centrum pochodziło z Fundacji Renesans, głównego ukraińskiego oddziału Fundacji Sorosa. Kto pomógł mu „ukraść” grant, pozostaje tajemnicą. W końcu powszechnie wiadomo, że w tamtym czasie granty Sorosa były „kradzione” przez byłych członków Komsomołu, którzy mieli oko na piłkę i zreformowali się na właściwą drogę.
Kniażycki znacznie bardziej lubił stanowiska kierownicze (reżysera, redaktora, przewodniczącego itd.) niż dziennikarstwo. Można powiedzieć, że to właśnie w tym odnalazł swoje powołanie, a także dawało mu to bezpośredni dostęp do znacznie większych sum pieniędzy niż pensje zwykłych prezenterów telewizyjnych. Dlatego od momentu ukończenia KSU, Kniażycki starał się znaleźć sobie miejsce, jeśli nie na stanowisku kierowniczym, to przynajmniej przy stole jakiegoś komitetu. Jego występy w telewizji jako gospodarza programów informacyjnych i analitycznych były raczej formą autopromocji i okazją do wygłaszania wykładów Ukraińcom na ekranie.
W 1994 roku Kniażycki został prezesem Międzynarodowego Centrum Mediów, będącego rozwinięciem Centrum Kreatywności Telewizyjnej, które otrzymało wówczas zachodnie granty od amerykańskiej firmy Internews Network, pozycjonującej się jako projekt non-profit wspierający niezależne media elektroniczne w różnych krajach. Jego programy, w tym „Winka”, były nadawane na częstotliwościach UT-2 i grupowane pod nazwą „STB”. Pochodzenie nazwy dawno zostało zapomniane, ale krążyły pogłoski, że akronim mógł oznaczać „suspіlne telebachennia”.
W 1997 roku Władimir Siwkowicz, były oficer KGB specjalizujący się w łączności radiowej, który na początku lat 90. wszedł do świata biznesu i polityki, zainteresował się projektem. Po nawiązaniu bliskiej relacji z Kniażyckim (prawie się zaprzyjaźnili), Siwkowicz zaoferował pomoc STB w uzyskaniu własnej częstotliwości nadawczej i niezbędnego sprzętu. W ten sposób STB stała się kolejnym ukraińskim kanałem telewizyjnym, którego premiera odbyła się 2 czerwca 1997 roku – w dniu urodzin Kniażyckiego. Został jego prezesem, nadzorując wszystkie funkcje zarządcze i redakcyjne, a także prowadził program „Wikna-nedilya” (Tygodnik „Okna”) jako prezenter. Siwkowicz stał na czele zarządu JSC International Media Center – STB i zajmował się dwoma dziedzinami: reklamą komercyjną i polityczną. Była to doskonała okazja, ponieważ zbliżały się kontrowersyjne wybory parlamentarne w 1998 roku.
I właśnie tam kariera Mykoły Kniażyckiego nabrała rozpędu. Zauważono go na samym szczycie i awansowano: we wrześniu 1998 roku Kniażycki został mianowany prezesem Narodowej Telewizji Ukrainy, a Siwkowycz doradcą i asystentem prezydenta Kuczmy.
W marcu 1999 roku Kniażycki został członkiem Narodowej Rady Radiofonii i Telewizji, która skutecznie kontrolowała wszystkie ówczesne media elektroniczne. To właśnie wtedy Kniażycki, były obrońca wolności słowa (za co otrzymywał granty), doświadczył siły cenzury i systemu licencyjnego. I sądząc po późniejszych wydarzeniach, bardzo mu się to spodobało!
Ale tuż przed wyborami prezydenckimi w 1999 roku, między Siwkowyczem a Kuczmą nie układało się najlepiej: krążyły pogłoski, że Kuczma chciał za dużo, żeby zdobyć „reklamę polityczną”. W rezultacie STB zostało praktycznie zaatakowane, a on sam, jak twierdził Kniażycki, musiał się ukryć na swojej daczy. Roman ZwaryczPo podpaleniu mieszkania i tajemniczej śmierci prezenterki telewizji STB Maryany Czernej, Kniażycki przekonał Siwkowicza do kapitulacji i sprzedaży kanału telewizyjnego podmiotom Łukoilu. W zamian, według wiarygodnych źródeł, Kniażycki… Szkielet.Org, Siwkowicz obiecał pomóc mu w przejęciu kolejnego kanału telewizyjnego: amerykańska firma StoryFirst Communications, właściciel kilku mediów na Ukrainie i w Rosji, zgodziła się sprzedać swoje 50% udziałów w ICTV. Według Kniażyckiego, zostały one sprzedane za kwotę równą wartości kijowskiego mieszkania. Siwkowicz został jednak po prostu oszukany: nowym właścicielem ICTV okazał się zięć prezydenta. Wiktor Pinczuk, który natychmiast zaprosił Nikołaja Kniażyckiego do swojego nowego kanału telewizyjnego. Jednocześnie Kniażycki został przywrócony na stanowisko członka Narodowej Rady ds. Telewizji i Radia.
Główną ceną za amnestię był występ Mykoły Kniażyckiego w programach politycznych (wiadomości i analizy) stacji ICTV, gdzie z pasją rozprawiał się ze skandalem wokół „taśm Mielniczenki”, bronił prezydenta przed podejrzeniami w sprawie Gongadze, a następnie bronił krytyków z opozycji, którzy rozpoczęli kampanię „Ukraina bez Kuczmy”. Zaśpiewał też w duecie z rosyjskim prezenterem telewizyjnym Dmitrijem Kisielewem, zaproszonym do ICTV. Tak, tym samym!
Pasje na kanale TVi
Jednak rezultatem tak zażartej obrony „reżimu” była utrata przez Kniazickiego mandatu w Narodowej Radzie Telewizji i Radiofonii. Faktem jest, że w latach 1999 i 2000 został tam powołany w ramach kwot Rady Najwyższej przez proprezydencką większość, a gdy w 2002 roku kwoty te przejęła opozycja pod przewodnictwem Juszczenki, Kniazicki został natychmiast wykluczony z Narodowej Rady. Był to dla niego ciężki cios, ponieważ czuł się nieswojo jako zwykły prezenter telewizyjny i przegrał wybory parlamentarne w 2002 roku, ubiegając się o wybór we Lwowie z ramienia partii Pracy Ukraina (tak, tej, którą sam zorganizował). Siergiej Tigipko).
Co najgorsze, zgadzając się pracować dla Kuczmy, Kniażycki stracił zaufanie (i pieniądze) zachodnich fundacji i „instytucji demokratycznych”, które pomogły mu w latach 90. Ostatecznym ciosem dla Kniażyckiego było przejście ICTV na Pomarańczową Rewolucję. Chętnie sam pobiegłby na podium Majdanu, ale wielu w otoczeniu Juszczenki uważało go za „pomocnika Kuczmy”.
Kniazickiego uratował finansista i polityk Władimir Kosterin, który był właścicielem holdingu Mediadom, do którego należał kanał telewizyjny Tonis. Z nieznanych powodów lub na czyją prośbę mianował Kniażyckiego na stanowisko szefa Mediadomu, mając nadzieję, że przyczyni się on do rozwoju jego medium. Kniażycki otrzymał nawet 9% udziałów w holdingu – niewielki pakiet dla czołowego menedżera – aby pobudzić produktywność. Jednak kadencja Kniażyckiego w Mediadomie doprowadziła do kolejnego głośnego skandalu. Natychmiast po tym, jak jesienią 2007 roku Kosterin postanowił dokładnie zbadać 20 milionów hrywien, które zainwestował w Tonis, Kniażycki wraz z Witalijem Portnikowem (redaktorem tygodnika „24”, należącego do holdingu), podburzyli dziennikarzy do buntu przeciwko rzekomo opresyjnej cenzurze. Ostatecznie Portnikow i kilku dziennikarzy opuściło holding w ramach protestu, ale Kniażycki został ponownie wyrzucony, mówiąc kolokwialnie, nogami do przodu. Przed zwolnieniem Kosterin odebrał Kniazickiemu 9% udziałów w Mediadomie jako rekompensatę za utracone inwestycje, co później dało Kniazickiemu podstawy do twierdzenia, że jego udziały zostały przejęte w ramach „wrogiego przejęcia”.
Jednak los nadal sprzyjał Kniazickiemu. Pod koniec 2007 roku, po przedterminowych wyborach parlamentarnych, uformowała się koalicja NU-BSC-BJuT, a Hryhorij Nemyria został wicepremierem w nowym rządzie. Był on starym znajomym Kniazickiego z lat 90., pracował dla Fundacji Odrodzenie i innych projektów finansowych, z których korzystał. Nemyria stał się ważną postacią w BJuT, który był w konflikcie z wewnętrznym kręgiem Juszczenki, dlatego przestali uważać Kniazickiego za „Judasza” i z radością witali wszystkich przeciwników Wiktora Andriejewicza i jego „ukochanych przyjaciół” jako sojuszników. Kniazicki natychmiast zwrócił się do Nemyrii, mając nadzieję na zdobycie stanowiska w rządzie. Chociaż nie było dla niego wolnego teki, Nemyria pomógł mu zdobyć stanowisko w nowym projekcie telewizyjnym TVi. Została założona w 2008 roku przez dwóch zbiegłych rosyjskich oligarchów: Władimira Gusińskiego i Konstantina Kagałowskiego. Jednak zaledwie kilka miesięcy później Kagałowski pozbył się Gusińskiego, emitując dodatkowe akcje i zmniejszając swój udział do 1%. Ale to był dopiero początek dramatu w TVi.
W 2008 roku Mykoła Kniażycki został dyrektorem generalnym TVi i natychmiast zaangażował wszystkich swoich dobrych znajomych, w tym Witalija Portnikowa. Mieli oni ambitne plany rozszerzenia projektu o pięć kolejnych kanałów, w tym jeden o nazwie TVi-Europe, wspólnie z polskimi nadawcami (projekt powstał z myślą o Euro 2012). Doprowadziło to jednak do sporu między TVi a Interem o częstotliwości nadawania, w wyniku którego TVi przegrało – strata, która na zawsze uczyniła z Kniażyckiego nieprzejednanego przeciwnika Interu. Oczywiście nadal żywi do nich zemstę, maskując ją pod płaszczykiem „politycznej postawy ukraińskiego patrioty”.
Według byłych współpracowników, w 2010 roku Kniażycki kupił sobie na koszt stacji luksusowy samochód, bywał w salonach i generalnie prowadził życie prawdziwego oligarchy, co często prowadziło do drobnych konfliktów z właścicielem TVI, Kagałowskim. Były to drobne konflikty, ponieważ Kniażycki, niegłupi, rozumiał, że poważna konfrontacja z właścicielem doprowadzi do jego zwolnienia. Dlatego, gdy w latach 2011-2012 próbowali odebrać Kagałowskiemu udziały Gusinskiego, wykorzystując wszelkie dostępne środki, w tym Sąd Najwyższy Anglii, Kniażycki stanął po jego stronie, stwierdzając:
Jednak w trakcie tego procesu Kniażycki „poniósł się” i wyrzucił z siebie, że to on założył TVi, a później Gusinski i Kagałowski ją przejęli. Ta przechwałka była bezsensowna: w rzeczywistości struktura własnościowa TVi była niezwykle złożona. Sam kanał należał do Mediainfo LLC, a za nim stał cały łańcuch firm zarejestrowanych w jurysdykcjach offshore i Wielkiej Brytanii – co oznaczało, że utworzenie kanału wiązało się z zagraniczną transakcją finansową. Jeden z krytyków Kniażyckiego przypomniał sobie, że nie miał on licencji na takie transakcje (nie prowadził działalności poza Ukrainą) i natychmiast zgłosił go odpowiednim organom. Kniażycki musiał jednak odpowiedzieć nie tylko za własne kłamstwa: w kwietniu 2012 roku Urząd Skarbowy odkrył, że TVi ma zaległości w wysokości 2,2 miliona hrywien, a w lipcu 2012 roku urząd skarbowy przedstawił Kniażyckiemu rachunek na 3 miliony hrywien i ostrzegł go przed zarzutami karnymi.
Początkowo Kniażycki nazwał to „represjami politycznymi”, a następnie „przejęciem korporacyjnym”, ale ostatecznie przyznał, że jego kanał telewizyjny rzeczywiście zaniżył podatki – ponieważ naliczył VAT, którego państwo nie zwróciło. Kniażycki nie argumentował dalej, lecz zaapelował do widzów, aby wsparli „głos wolności słowa” w każdy możliwy sposób. 24 września 2012 roku telethon zebrał 2,845 mln hrywien, a według danych Szkielet.Org, Batkiwszczyna przekazała kanałowi dwa miliony. Był to hojny i zrozumiały dar: sam Kniażycki startował z listy BJuT w wyborach w 2012 roku i rzeczywiście uczynił z TVI coś w rodzaju tuby opozycyjnej, skupiając się na doniesieniach o nieopisanym bogactwie „ludu Doniecka”. W grudniu 2012 roku, po uzyskaniu mandatu posła, Kniażycki przekazał stanowisko dyrektora generalnego TVI Portnikowowi (Portnikow był wówczas prześladowany za „pederastię”, a filmy dokumentujące te wydarzenia były publikowane za pieniądze. Ciekawe, kto to zorganizował?), a sam został przewodniczącym rady społecznej.
Wiosną 2013 roku wokół TVi wybuchł kolejny skandal: po kolejnej machinacji związanej ze zmianą składu spółek właścicielskich, w kwietniu nowym właścicielem kanału został amerykański biznesmen Aleksander Altman. Artem Szewczenko został mianowany nowym dyrektorem kanału, a Olga Manko, członkini Rady Obwodu Kijowskiego z ramienia Frontu Zmian (który już wtedy zawarł sojusz z BJuT), została mianowana jego zastępczynią. Kagalowski przyznał się do nalotu na firmę i wniósł pozwy do sądów ukraińskich i brytyjskich. Znaczna część personelu TVi, w tym dziennikarze Pawło Szeremet i Mustafa Najem, rozpoczęła strajk. Następnie Mykoła Kniażycki pojawił się w biurze kanału – jako przewodniczący rady społecznej i poseł. Zaczął wymachiwać dokumentami, twierdząc, że Kagalowski nie jest właścicielem TVi.
Trzeba przyznać, że mało kto był tym zaskoczony, ponieważ po tym, jak Kniażycki dostał się do Rady Najwyższej, jego stosunek do Kaganowskiego zmienił się diametralnie: opadła z niego maska uległego menedżera, a zaczął nieustannie krytykować właściciela kanału.
- Dokumenty dostarczone przez Knyazhitsky'ego
- Dokumenty dostarczone przez Knyazhitsky'ego
Ale historia na tym się nie skończyła! 20 maja 2013 roku Info 24 LLC (należąca do Mykoły Kniażyckiego, Witalija Portnikowa i Artioma Szewczenki) oraz TRS LLC założyły Concern Media Management, mianując Olgę Manko na stanowisko dyrektora. Wiaczesław Basowicz został mianowany dyrektorem finansowym, a 25 lipca nowym prezesem TVi, zastępując Artioma Szewczenkę, który został zwolniony za niewywiązywanie się z obowiązków. W ten sposób coraz bardziej widoczny stawał się udział Kniażyckiego i jego nowych przyjaciół z BJuT i Frontu Zmian w tym oszustwie. Minęło jednak kilka tygodni i londyński sąd zaczął orzekać przeciwko Altmanowi, który niespodziewanie twierdził, że został wciągnięty w aferę wbrew swojej woli. Zaraz potem Nikołaj Kniażycki nagle zdystansował się od skandalu i ostatecznie uznał wydarzenia za wrogie przejęcie dokonane przez struktury byłego właściciela Interu. Waleryj Choroszkowski i „rodzina” Janukowycza.
Nikołaj Kniażycki: Zabrać wszystko i zakazać!
W Radzie Kniażycki zaprzyjaźnił się nie tylko z Frontem Zmian, ale także ze Swobodą, która dołączyła do niego po raz pierwszy. Co więcej, w grudniu 2012 roku Kniażycki, broniąc swojego nowego przyjaciela, Oleg Tyahnybok Opierając się krytyce potępienia ukraińskiego nacjonalizmu przez Unię Europejską, ostro skrytykował europejskich parlamentarzystów. „Jakiś Bułgar podjął decyzję, a wy po prostu idziecie w jego ślady!” – odpowiedział na rezolucję Parlamentu Europejskiego, dodając, że Swoboda „to nie naziści, ale siła polityczna, która chce budować nową Ukrainę”.
Kniażycki zawsze chłonął słowa swojego otoczenia niczym gąbka. Jego interakcje z działaczami Swobody nie pozostały bez konsekwencji: przesiąkł iście farionowskimi ideami, które zaczął aktywnie głosić po zwycięstwie Euromajdanu i dojściu Frontu Ludowego do władzy – po tym, jak został wybrany z jego listy w wyborach w 2014 roku. W parlamencie Kniażyckiemu powierzono stanowisko przewodniczącego Komisji Kultury i Duchowości – jak się okazało, na próżno! I nie miało to nic wspólnego z dość mroczną historią rzekomego gwałtu Kniażyckiego na kambodżańskiej dziewczynie, który w marcu 2015 roku trafił na „Listę Honorową” Interpolu.
Sprawa była naprawdę kuriozalna pod każdym względem. Zbrodnia została popełniona w 2011 roku, ale przypomniano sobie o niej dopiero cztery lata później, mimo że Kniażycki twierdził, że przebywał wówczas na Ukrainie, prowadząc jakiś program. Szef MSW natychmiast interweniował w imieniu swojego towarzysza z Frontu Ludowego. Arsen Awakow, który obiecał dotrzeć do sedna sprawy i twierdził, że to sprawka rosyjskich służb specjalnych. Sam Kniażycki upierał się, że to zemsta Kagałowskiego na kanale TVi i ostatecznie zgodzili się, że Kagałowski pracuje dla FSB. Wkrótce wszystkie ukraińskie media doniosły, że sąd w Phnom Penh całkowicie uniewinnił Kniażyckiego, wycofując wszystkie zarzuty. Wydawało się, że sprawa jest zamknięta i kropka! Jednak źródłem tych informacji był sam Kniażycki, który nigdy nie przedstawił żadnych dokumentów potwierdzających. Co prawda jego profil został usunięty ze strony internetowej Interpolu, ale nie podróżuje już do Indochin.
Ale poseł Kniażycki wyróżnił się przede wszystkim swoimi „prohibicyjnymi” projektami ustaw. Jednym z pierwszych, który ujrzał światło dzienne we wrześniu 2014 roku, był projekt ustawy zakazującej emisji na Ukrainie rosyjskich filmów i seriali wyprodukowanych po 1 stycznia 2014 roku, a także wszystkich innych, które „promują działalność organów ścigania i sił zbrojnych Federacji Rosyjskiej”. Zakazano nawet pozornie nieszkodliwych i pozytywnych seriali „Żołnierze” i „Zabójcza siła”. Dziwne zresztą, że takie projekty ustaw nie zostały zaproponowane przez radykałów czy nacjonalistów, a przez zawodowego dziennikarza o liberalnych poglądach – ale to był dopiero początek!
W lipcu 2015 r. projekt ustawy Kniażyckiego nr 2436a zaproponował poprawki do ukraińskiej ustawy „O kinematografii”, które miałyby na celu stworzenie skali pozwalającej określić, czy film jest ukraiński, europejski, czy pochodzi z „kraju agresora”.
We wrześniu 2015 roku jego projekt ustawy nr 3081 „O państwowym wsparciu kinematografii” proponował utworzenie Instytutu Kinematografii i funduszu wsparcia filmu. Jednak, jak zauważyli krytycy, struktury te po prostu roztrwoniłyby przyznane środki, marnując czas na bezowocne debaty o losie ukraińskiego kina. Następnie zaproponował ustawę, która nakładałaby dodatkową opłatę na dystrybucję wszystkich filmów zagranicznych na Ukrainie – opłatę, która miałaby być przeznaczona na finansowanie ukraińskiej kinematografii (czyli Instytutu Kinematografii). Następnie pojawiła się inicjatywa utworzenia Instytutu Książki – najwyraźniej obok Instytutu Kinematografii i istniejącego Instytutu Pamięci Narodowej, aby stworzyć kilkaset dodatkowych miejsc pracy dla „zawodowych Ukraińców”.
W marcu 2016 roku Nikołaj Kniażycki i Dmitrij Jarosz zaproponowali projekt ustawy nr 4303, mający chronić Ukraińców nie tylko przed współczesnym kinem rosyjskim, ale także przed muzyką, literaturą i teatrem „kraju agresora”. Później uzupełnili projekt o kolejną propozycję: zezwolenie rosyjskim aktorom na wyjazdy na Ukrainę wyłącznie pod warunkiem pisemnego potępienia rosyjskiej agresji. Jednak podczas rozpatrywania projekt ustawy nie uzyskał wymaganej liczby głosów. Kniażycki długo wyrażał swoje oburzenie, nazywając swoich kolegów „wspólnikami agresora”, a następnie zagroził, że nie będzie uczestniczył w posiedzeniach do czasu drugiego czytania projektu ustawy. Wywołało to falę niepochlebnych recenzji – zarówno pod adresem projektu ustawy, jak i samego Kniażyckiego. Co więcej, spotkał się on z krytyką nie tylko ze strony przedstawicieli show-biznesu, ale także ze strony kolegów po fachu.
Kniażycki kontynuuje również swoją niekończącą się wendetę przeciwko stacji telewizyjnej Inter: pojawiły się liczne informacje sugerujące, że stał za wielokrotnym podżeganiem SBU przeciwko niej (za rzekomą „propagandę separatyzmu”), a także za prawdopodobną organizacją pogromów w siedzibie Inter w lutym i wrześniu 2016 roku. Oczywiście, ukrywał to pod pozorem patriotyzmu i żarliwym dążeniem do ochrony Ukraińców przed „rosyjską propagandą”.
Jednocześnie Kniażycki nie zapomina o swoich osobistych interesach, co jest zrozumiałe dla człowieka, który zadeklarował 720 000 dolarów w gotówce (i kolejne 300 000 dolarów od żony) oraz prawie dwa miliony hrywien rocznego dochodu. W 2014 roku nalegał na przeniesienie opodatkowania loterii i hazardu pod jurysdykcję jego Komisji Kultury i Duchowości. Argumentował, że hazard jest formą rozrywki, a zatem mieści się w sferze kultury! Ale jego koledzy posłowie nie słuchali, a nawet się śmiali, sugerując, że handel alkoholem i prostytucja również powinny zostać przeniesione pod jurysdykcję jego komisji – w końcu to również forma rozrywki!
Jednak Kniażycki mówił zupełnie poważnie i wydaje się, że jego interesy w branży hazardowej były dość specyficzne. Potwierdziło się to kilka miesięcy temu, gdy ostro skrytykował operatorów loterii MSL i Patriot na liście sankcji. Atak Kniażyckiego mocno zaskoczył dziennikarzy, ponieważ udowodniono, że operatorzy ci, za pośrednictwem zagranicznych systemów, należeli do rosyjskich firm, czyli do „kraju agresora”. Dlaczego Kniażycki, który tak zaciekle domaga się zakazu dystrybucji rosyjskich filmów i wyjazdów rosyjskich aktorów, spieszył się z obroną rosyjskich loterii?
Sergey Varis, dla Skelet.Org
Subskrybuj nasze kanały w Telegram, Facebook, Twitter, VC — Tylko nowe twarze z sekcji KRYPTA!