Bojowy radykalny Lyashko. Część 1

Oleg Laszkoń

Oleg Laszkoń

Od czego zacząć biografię bohatera? Biografowie zazwyczaj zaczynają od jego dzieciństwa. Ale naszym zdaniem powinniśmy zacząć od pseudonimu Laszki, o którego autorstwo toczy się obecnie spór między generałem separatystów „Besem” (Demonem) a wicegubernatorem Dniepropietrowska, Fiłatowem: „Walczący pedał”. W rzeczywistości tak właśnie nazywa go w rozmowie wielu znających Laszkę. Ale dlaczego wszyscy jednogłośnie przypinają tę obraźliwą etykietkę liderowi Partii Radykalnej? I co jest prawdą w tym pseudonimie, a co jest oszczerstwem wobec lidera partii i dowódcy jednostki bojowej? Spróbujmy to ustalić, donosi. TEMAT.

„Zakraść się” na piwo, „zrobić bałagan” w mieszkaniu

Teraz możemy powrócić do młodości bohatera.

Laszko miał trudne dzieciństwo: odkąd jego rodzice żyli, od drugiego roku życia wędrował po sierocińcach i internatach w rodzinnym obwodzie czernihowskim. Każdy psycholog i nauczyciel potwierdzi, że dzieci w takich placówkach zazwyczaj dorastają… inaczej: zgorzkniałe, wycofane, słabo przystosowane do samodzielnego życia i często z zaburzeniami moralnymi. To nie ich wina, to ich nieszczęście.

Laszko to przypadek szczególny. Doskonale adaptuje się do życia. Ale jakoś inaczej niż inni. Wydaje się, że ludzie są dla niego niczym, tylko środkiem do celu. Schlebia silniejszym od siebie, wyolbrzymiając własne zalety (które często nie istnieją), czasami afiszując się z nieistniejącymi znajomościami i próbując znaleźć przyjaciół. Osób od siebie zależnych traktuje jak kogoś gorszego, oszukując ich finansowo i nigdy nie stając w ich obronie, gdy pojawiają się problemy. Tak mówią o nim ludzie, którzy pracowali z Laszko i spotkali go w życiu. Nie znaleziono ani jednej wzmianki o jego przyjaciołach.

Po ukończeniu szkoły z internatem Oleg doskonalił swoje umiejętności jako traktorzysta w technikum rolniczym w swoim małym rodzinnym miasteczku. Zawsze jednak czuł, że jest przeznaczony do czegoś większego; zapach oleju napędowego i kurz pól go odrzucały. Wkrótce, z pomocą kilku „przyjaciół” (więcej o nich poniżej), Laszko wyruszył na podbój Kijowa. Tam poznał swojego rodaka, Anatolija Turkenę, mistrza ukraińskiego dziennikarstwa z Czernihowa. Laszko wykorzystał swoją szansę i natychmiast zyskał przychylność dziennikarza. Turkena przedstawił go centrum prasowemu RUKh. Dziennikarz Andrij Derepa, który tam pracował, wspomina, że ​​Laszko był bardzo zaradny, zręcznie zdobywał wszelkiego rodzaju trudno dostępne przedmioty i chętnie biegł po piwo. Przypadkowo jednak odkryto, że część „zwykłych” pieniędzy zatrzymywał dla siebie. RUKh szybko go rozgryzł i pożegnał się z sierotą.

Po tym wydarzeniu Laszko osiadł jako niezależny korespondent gazety „Mołodaja Gwardia”. Tam dokonał niezwykłego wyczynu: podrobił podpis redaktora na papierze firmowym gazety, przyklejając pieczątkę, aby uzyskać mieszkanie, twierdząc, że jego matka pracuje dla gazety i powinna być zarejestrowana jako lokatorka. I oto, 20-letni traktorzysta z obwodu czernihowskiego nabył dwupokojowe mieszkanie we wsi Wysznewe pod Kijowem. Co ciekawe, nowy budynek został natychmiast wyremontowany, sfinansowany przez… więzienie w Żytomierzu. Później, w sądzie, Laszko twierdził, że cała ta sprawa była fortelem byłego naczelnika kijowskiego obwodowego departamentu spraw wewnętrznych, który zamierzał przekazać mieszkanie pracownikowi ministerstwa handlu.

Chwilę później Laszko siedział już w swoim gabinecie w Ministerstwie Handlu jako redaktor gazety „Kommerczeskie Wiesti”. Młody traktorzysta z Czernihowa był tak ważną postacią, że w jego biurze zainstalowano specjalny system łączności! Podróżował po Ukrainie z policyjną kolumną samochodów, a w dalekim obwodzie charkowskim ludzie obdarowywali go nowiutkimi wołgami!

Redaktor naczelny „Kommiersanta” z komunikatami specjalnymi

Nie, to nie są bredni bezwzględnego autora: fakty potwierdzają materiały sprawy karnej i zeznania samego Laszki. Tak, wkrótce trafił do więzienia za defraudację majątku państwowego i oszustwo. W trakcie śledztwa wyszły na jaw zarzuty o sfałszowanie papieru firmowego, nielegalne przejęcie mieszkania i oszukańczy zakup samochodów marki Wołga, zakupionych za pieniądze od podmiotów komercyjnych.

To był logiczny finał przygód młodego łobuza. Nas interesuje coś innego: jak mogła się dokonać ta magiczna przemiana młodego, niewykształconego prowincjusza w redaktora stołecznej gazety, z Wołgasem i rządowym telefonem w biurze? Czy nie sądzicie, że talent do uczciwego oszukiwania władzy to za mało? Może winne są nadzwyczajne zdolności dziennikarskie Laszki? Oczywiście, że nie. Przyznajmy: nie był beztalencie. Ale jako dziennikarz nie wyróżniał się w tamtych czasach niczym szczególnym. Teraz zostanie ujawniony sekret jego błyskawicznego awansu.

Prawdziwi znawcy talentu młodego dziennikarza

Odsetek uczniów szkół z internatem o skłonnościach przestępczych jest bardzo wysoki. Stanowią oni zatem tradycyjną grupę osób w mundurach. Wśród nich jest wielu agentów policyjnych. Generalnie prawo zezwala na pracę pod przykrywką dopiero po osiągnięciu pełnoletności. Policja ma jednak swoje sztuczki. Może zarejestrować informatora jako „asystenta społecznego” za pośrednictwem inspektoratu ds. nieletnich. Tak czy inaczej, młody Oleg został zwerbowany do współpracy z policją jeszcze jako nastolatek, a później awansował na agenta dla dorosłych. Przynajmniej tak twierdzą funkcjonariusze zaznajomieni z jego pracą pod przykrywką.

Przebiegłego, przystojnego młodzieńca rozpoznali jego opiekunowie w mundurze, a jego kariera nabrała rozpędu. To policjanci, i to nie tylko zwykli – ci z naszywkami i medalami – wydali Laszko pozwolenie na podróż do stolicy.

Autor przywołuje rewelacje doświadczonych detektywów z głównego wydziału policji stolicy, którzy na początku lat 90. ślinili się na myśl o „błękitnej mafii” Ministerstwa Spraw Wewnętrznych. Trudno mi było wtedy w to uwierzyć, byłem skłonny zbagatelizować to jako kicz. Życie jednak pokazało ponurą prawdę funkcjonariuszy. Na przestrzeni lat liczne źródła potwierdziły te informacje. Postać Oleżki Laszko często pojawiała się w opowieściach detektywów.

Niestety, biorąc pod uwagę, że wielu członków tego wysoko postawionego klubu gejowskiego wciąż żyje, a niektórzy nadal sprawują władzę, powstrzymam się od wymieniania nazwisk. Powiem tylko, że przywódcą ruchu gejowskich towarzyszy broni był generał V., szef jednej ze służb Ministerstwa Spraw Wewnętrznych. Do tego ścisłego kręgu należał również... przewodniczący parlamentu. Kiedy generał V. objął komendę główną policji, osobiście dobierał swoich zastępców, którzy byli starannie przygotowywani i, jednym słowem, zjednoczeni wspólną pasją. I tak walczyli z przestępczością...

To właśnie W. zwabił Laszkę do Kijowa, zorganizował aferę związaną z jego mieszkaniem we wsi Wiszniewo i jego „umeblowaniem” z wykorzystaniem zasobów kolonii karnej. Inny wspólnik, policjant, był zamieszany w afery w obwodzie charkowskim związane z zakupem wołg dla generałów. W następstwie skandalu został rzekomo zwolniony ze służby, ale w rzeczywistości… przeniesiony i awansowany.

Jak każdy oszust, Laszko jest podstępny do granic możliwości. Ale czasami prawda przebija z jego wyznań. Kiedy przedstawił swoje uprawnienia asystenta ministerialnego charkowskim biznesmenom, było to oficjalne. Kiedy Laszko zadzwonił do redakcji „Mołodaji Gwardii”, rzekomo do generała MSW, i zirytowany poskarżył się: „Andriusza, co się stało? Gdzie jest obiecany samochód?”, jego koledzy wkrótce zobaczyli, jak Laszko wsiada do czarnej Wołgi z policyjnymi tablicami rejestracyjnymi.

Klub generała W. zgromadził całą plejadę znanych polityków i prominentnych urzędników państwowych. W., który wówczas dowodził dzielnymi ukraińskimi strażakami, otworzył elitarną łaźnię, i to nie jedną. Laszko i inni mniej utytułowani chłopcy z obsługi VIP-ów pojawiali się tam na wezwanie. Wśród nich był przewodniczący parlamentu, nawiasem mówiąc, rodak Laszki.

W wewnętrznym kręgu elity politycznej ta chorobliwa skłonność do chłopców nie była wielką tajemnicą. Podwójne życie pogodnego mówcy doprowadziło do tragedii w jego rodzinie: jego syn wplątał się w podejrzane interesy i został zasztyletowany szablą we własnym mieszkaniu. Zupełnie niewinny młody człowiek został uznany za zabójcę i stracony przez pluton egzekucyjny na mocy wyroku sądowego. Żona mówcy trafiła do szpitala psychiatrycznego, zanim zdążyła zaapelować do ojców narodu: „Kogo mianowaliście na szefa jednej z gałęzi władzy?!”. Przez pewien czas przymykano na to oko…

Ale potem nastąpiła zmiana rządu, co doprowadziło do poważnych problemów w społeczności gejowskiej. Nowy prezydent Kuczma został poinformowany o upadku moralności wśród wysoko postawionych polityków, w tym kierownictwa Ministerstwa Spraw Wewnętrznych. Danyłycz, który nie mógł odmówić ani jednej stewardesy w prezydenckim samolocie, klepiąc się po krzepkich pośladkach pod wpływem alkoholu, wpadł we wściekłość i nakazał zniszczenie kiczu.

Cała kampania była objęta śledztwem. Minister został po cichu zwolniony. Przewodniczący również stracił pracę. „Przywódca koła” V. i jego przyjaciel B., którzy wówczas prowadzili już znaczący biznes, wykupili się ze śledztwa.

Laszko miał mniej szczęścia: jego afery wołgarskie, prowadzone pod przykrywką Ministerstwa Spraw Wewnętrznych, i nielegalne przejęcie mieszkania zostały ujawnione… Bez ekipy najwyższego urzędnika kraju ta sprawa by się nie wydarzyła. W ten sposób Laszko po raz pierwszy i ostatni odpowiedział za swoje czyny. I żaden z jego wysoko postawionych przyjaciół nie wstawił się za nim – Kuczma osobiście nadzorował sprawę. Jednak zamiast sześciu lat więzienia, sąd apelacyjny skrócił wyrok traktorzysty-dziennikarza do czterech lat. W rzeczywistości odsiedział sześć miesięcy.

W rzeczywistości sam Laszko znacznie ułatwił śledztwu zadanie. Podczas przeszukania jego mieszkania odkryto dziennik dziennikarza, w którym opisywał wszystkie zawiłości swojego trudnego życia. Agent i elitarny konwojent podsumował to słowami: „Siedziałem w złotej klatce Ministerstwa Spraw Wewnętrznych”. Cholera, dobrze powiedziane!

Na wakacjach z przedstawicielami korpusu oficerskiego policji. Wśród wczasowiczów jest najlepszy przyjaciel Laszki, generał W.

Jego pobyt w więzieniu okazał się daleki od najłatwiejszego okresu w jego życiu. Według osób zaangażowanych w opiekę nad elitarną młodzieżą, jego wyjątkowe skłonności były wysoko cenione w więzieniu. Po pobycie w ministerstwie, z jego tajną komunikacją, drogimi drinkami i wpływowymi przyjaciółmi, znalazł się w przestępczym półświatku jako nędzarz. ​​Nie był jednak dostępny dla wszystkich. Co ciekawe, wśród personelu obozu pracy byli również tacy, którzy byli poddawani sadystycznym namiętnościom. I oni wykazali szczególne zainteresowanie energicznym dziennikarzem. Jednak zarówno na zewnątrz, jak i wewnątrz, Oleżka pozostał „elitą”. Nikt jednak nie podał mu ręki, nikt nie dał mu pracy w kuchni – wszystko było surowo egzekwowane. Takie są koleje losu awanturnika: od biur i łaźni możnych po szybki skok w szpony więźniów i strażników…

Co więcej, Laszko musiał wykonywać konkretne polecenia funkcjonariuszy więziennych – działać jako przynęta. W końcu w jego teczce znajdowały się niepozorne odznaki, które były otwartą księgą dla śledczych: skazany był doświadczonym agentem policyjnym.

Błąd prezydenta

Laszko został zwolniony na mocy amnestii po dwóch latach więzienia. Najwyraźniej, nie bez wstawiennictwa przyjaciół Olega, Kuczma zlitował się nad młodym zboczeńcem i podpisał dekret noszący jego nazwisko. I wkrótce gorzko tego pożałował. W nagraniach Melniczenko, sporządzonych pięć lat później, Kuczma omawia gazetę Laszki, „Swobodę”. Poręczyciel wściekle krzyczy: „Zamknę go… Już go raz zamknąłem… Ale go puściłem…”.

Daniłowicz nie miał już takiej szansy... Laszko zdał sobie sprawę, że tylko polityka może go skutecznie uchronić przed oskarżeniem o kolejne przekręty. Dlatego natychmiast po wyjściu na wolność ruszył drogą, która zaprowadziła go do parlamentu.

Ołeh Laszko to właśnie taki elitarny ptak. Trzeba było całego przywódcy kraju, żeby go wsadzić! I nawet to nie wystarczyło, żeby znowu trafił za kratki. Później, oczywiście, Laszko zrzucał winę na naciski polityczne ze strony przestępczych władz.

Generałowie nie porzucają swoich!

Ale głosu prawdy nie da się stłumić represjami politycznymi! Po wyjściu na wolność nasz lekko poturbowany bohater znalazł pracę w gazecie „Prawda Ukrainy”. Właściwie nikt nie trafił tam z ulicy, a raczej z więzienia. Jego znajomi załatwili mu pracę, a potem, jako zastępca redaktora, Laszko zaczął rozpieszczać swojego szefa, Gorobca, drogimi prezentami. Na przykład, kiedyś zapłacił za wycieczkę nad Morze Śródziemne z rodziną. Skąd wziął na to, jak na tamte czasy, wygórowane pieniądze? Cóż, prawdopodobnie przyjaciele pożyczyli mu pożyczkę…

Podczas gdy Gorobec wygrzewał się na słońcu, wsłuchując się w szum fal, Laszko odzyskiwał pieniądze wydane na podróż. Wcześniej namówił redaktora naczelnego do stworzenia dodatku do „Prawdy Ukrainy” – gazety o nazwie „Polityka”, której szefem, rzecz jasna, był Laszko. Gorobec się zgodził. Wkrótce zaczęły się procesy sądowe o publikacje naszego bohatera. Rozwiązanie nastąpiło szybko. Winę za to ponosił nieuleczalny awanturnik Laszko. Podczas gdy Gorobec z rodziną spędzali wakacje za granicą, Laszko gościł w swojej redakcji delegację koncernu Daewoo, który otwierał fabrykę samochodów na Ukrainie. Laszko przedstawił się Koreańczykom jako Gorobec i wynegocjował kampanię reklamową w gazecie. Naiwni Koreańczycy przelali na konto redakcji pokaźną sumę. I wkrótce, ku swojemu zaskoczeniu, zamiast reklamy, przeczytali na łamach gazety krytyczny artykuł o korporacji. Kiedy opalony Gorobets wrócił do pracy, odkrył, że Daewoo pozwało go o odszkodowanie wynoszące wiele milionów dolarów.

Redaktor zrugał Laszkę, a w zamian otrzymał... oskarżenie o usiłowanie gwałtu na podwładnej. Sama podwładna złożyła jednak zawiadomienie na policji dopiero tydzień po incydencie, a później całkowicie odwołała swoje zeznania. Laszko opisał zawiłości skandalu na łamach „Polityki”. Każdy wers nosił znamiona policyjnej prowokacji.

W tym samym czasie Laszko został po raz drugi skazany za zniesławienie dziadka Wasyla Durdynieca, prominentnej postaci z czasów kuczmistowskich, który został pełniącym obowiązki premiera. Durdyniec wygrał sprawę przeciwko Laszce, ale skandal doprowadził do jego dymisji. Ołeh natomiast otrzymał wyrok dwóch lat więzienia w zawieszeniu za zniesławienie. Już wtedy funkcjonariusze służb bezpieczeństwa z przekonaniem twierdzili, że redaktor „Polityki” otrzymał pomoc informacyjną od swoich znajomych.

Wkrótce potem Laszko założył opozycyjną gazetę „Swoboda” – trzecią w swojej krótkiej, ale burzliwej karierze. Podjął tam swoją dawną działalność na nowym poziomie ideologicznym i artystycznym. Podczas gdy „Prawda Ukrainy” i „Polityka” były finansowane przez skompromitowanego byłego premiera Pawła Łazarenkę, „Swobodę” prawdopodobnie finansował prawa ręka Pawła Iwanowicza w stowarzyszeniu „Hromada”. Julia Tymoszenko.

W tym samym czasie nasz doświadczony traktorzysta ukończył studia prawnicze na Uniwersytecie Charkowskim. Nie mamy nadziei, że ktokolwiek na uczelni będzie pamiętał Laszkę jako studenta. Prawdopodobnie jego znajomi z pierwszej klasy pomogli mu w ponownym zdobyciu dyplomu (Charków, jak wiemy, to miasto gliniarzy).

Nie tylko przez BYuT

W roku 2000 Laszko był już gotowy do wejścia do wielkiej polityki. Zaraz po pomarańczowej rewolucji zaczął pukać do drzwi przywódców BJuT, Tymoszenko i Turczynowa. Jeden z generałów, który akurat przebywał w biurze szefa SBU, był niesamowicie zaskoczony, widząc Laszkę (służba bezpieczeństwa doskonale wiedziała, kim on jest i jak robi karierę). Generał, znajdując się w biurze pastora Turczynowa, zapytał: co sprowadziło tego chytrego oszusta do szefa służby bezpieczeństwa? Odpowiedź brzmiała: chciał wstąpić do BJuT. Generał nie wytrzymał i opowiedział ignorantowi Turczynowowi prawdziwą historię Laszki. Głęboko religijny szef SBU był zszokowany. Nie jest jasne, czy uwierzył mądremu generałowi. Pewne jest jednak, że przekazał tę informację Julii Tymoszenko. Tak czy inaczej, Laszko prześcignął lidera BJuT i zapewnił sobie najpierw legitymację partyjną, a następnie miejsce na liście wyborczej. Jednak w 2002 roku wyrok skazujący, wciąż w toku, uniemożliwił mu wejście do Rady. W rezultacie Laszko trafił do parlamentu w 2006 roku.

To było spektakularne wejście w szeregi garstki wybrańców. Oszust czuł się jak ryba w wodzie. Chroniony immunitetem, zaczął zachowywać się w najróżniejszy, dziwaczny sposób. Zjadał czarną ziemię na podium, próbował przemycić krowę na korytarze parlamentu, karmił rybą rosyjskiego ministra na konferencji prasowej… Wydawało się, że cały kraj czekał na to widowisko.

Ale to była tylko przykrywka dla głównej działalności, która wyniosła Laszkę do Rady. Stanowisko posła w komisji budżetowej oferowało świetlane perspektywy. „Rozwiązywanie problemów”, lobbing na rzecz interesów komercyjnych (wspieranie skandalicznego EDAPS okazało się szczególnie owocne), ochrona przemytników… Laszko wkrótce zyskał solidną ochronę; dojeżdżał do pracy wyłącznie luksusowymi limuzynami, a niechlujnie wyglądający ochroniarz uprzejmie otwierał mu drzwi do parlamentu. Weterani parlamentarni ze świata biznesu wzruszali ramionami: „Kto wie, gdzie Oleżżyk zgarnia pieniądze, ale w bardzo realny sposób wspiął się na szczyt”.

Laszko nie jest zdolny do monotonnej, konstruktywnej pracy; nieuchronnie wpada w sam środek skandalu. Najpierw twierdził, że ma nagrania lidera Partii Socjalistycznej, Moroza, sprzedającego swój pomysł blokowi z Partią Regionów. Prokuratura nigdy nie otrzymała taśm, ale skandal wybuchł.

BJuT zaczynał już zdawać sobie sprawę, że Laszko będzie miał kłopoty; nieuchronnie wciągnie partię w jakąś szpetną aferę. Trzeba było coś zrobić z tym parlamentarnym nowicjuszem. Ale zrozumienie przyszło za późno…

 

 

 

 

Kończy się być

Iwan Stiepanow

PRZECZYTAJ CIĄG DALSZY:

Bojowy radykalny Lyashko. Część 2

Bojowy radykalny Lyashko. Część 3

Subskrybuj nasze kanały w Telegram, Facebook, Twitter, VC — Tylko nowe twarze z sekcji KRYPTA!